sobota, 24 lutego 2018

Bombowa pogoda i niespodziewane spotkanie.

W niedziele pogoda byla jak na zamowienie, minimalny mroz, czyste niebo i slonce. Zaraz wiec pognalysmy z Toyka na Dransfelder Rampe, bo siedziec w domu w taki dzien to grzech niewybaczalny. Lazilysmy to tu, to tam, niektorzy znow chrupali snieg, pozowali i mizdrzyli sie do obiektywu, podziwialysmy widoczki i ogolnie chcialo nam sie zyc. Nawet butow specjalnie nie upapralam, jak normalnie na spacerach, bo ziemia byla  w wiekszosci jeszcze dobrze zamrozona.



















W drodze powrotnej, kiedy bylysmy juz z powrotem w miescie, nagle katem oka zauwazylam za drzewami jakis ruch. Szybko przywolalam Toye, przypielam jej smycz i moglam sie oddac fotografowaniu, bez strachu, ze pies pogna mi za zwierzyna. Widok byl tak niecodzienny, ze nie moglam przestac fotografowac.












W miescie, obok domow (jak widac) latalo sobie stadko sarenek. Stalam tak zafascynowana i nie moglam od nich oczu oderwac. Przypomniala mi sie ubiegloroczna jazda PolskimBusem z Lodzi do Wroclawia, gdzie mielismy odbierac Toye u Gosianki. Z okna autobusu widzialam wiele takich stadek sarnich, ale tamte byly na polach. No i wtedy byl koniec marca, a nie srodek lutego.
Z glodu nie zgina, bo zima w miare lekka, a wokol pelno zielonosci do skubania.
Bardzo sie ciesze, ze udalo mi sie je ustrzelic obiektywem.





piątek, 23 lutego 2018

czwartek, 22 lutego 2018

Rodzina, ach rodzina. cz 3

Widze na codzien, jak zyja ze soba rozne spolecznosci, nie tylko rodziny. Moje spostrzezenia nie sa niestety radosne. Bo o ile np. spolecznosc muzulmanska czy zydowska trzyma ze soba, wspiera sie, pomaga nowoprzybylym, tak np. Polacy na obczyznie... szkoda gadac. Napatrzylam sie i nasluchalam przez te trzy dekady zycia w Niemczech o zawisci, donoszeniu na siebie do urzedow, klotniach i innych malo eleganckich zachowaniach. Nie wszyscy tacy sa na szczescie, to takie ogolne obserwacje. Pewnie, ze swoj do swego ciagnie, co najmniej po to, zeby porozmawiac w jezyku ojczystym, posmiac sie z tych samych zartow, swietowac te same uroczystosci, nawet czasem sobie pomagac, ogolnie jednak nie ma takich wiezi narodowych, jakie mozna zauwazyc u innych nacji.
Bardzo wielu Polakow wstydzi sie rozmawiac po polsku, kiedy ktos sie zbliza, rozmowa cichnie lub jezyk zmienia sie na niemiecki, kulawy i nieprawidlowy, byle nie po polsku. W wielu rodzinach nawet w domu nie rozmawia sie po polsku, choc niemiecki wola o pomste do nieba, zeby tylko dzieci bukbron nie nauczyly sie jednego jezyka wiecej. Przoduja w tym Slazacy, a ja tego pojac nie moge. Inni z kolei zupelnie nie wykazuja zainteresowania nauczeniem sie jezyka, do konca zycia chodza po urzedach czy lekarzach z tlumaczami, ale to akurat cecha nie tylko Polakow.
W tzw. swiecie zachodnim rodzina traci na wartosci, kontakty bardzo sie rozluzniaja, w poszukiwaniu pracy ludzie wyprowadzaja sie na tyle daleko, ze kontakty rodzinne ograniczaja sie do dwoch-trzech spotkan w roku albo rzadziej. Kiedy partie prawicowe promuja powrot do tradycyjnej rodziny, do religijnosci, do wielopokoleniowych domow, do Heimatu, co w tym kontekscie nie znaczy wylacznie ojczyzna, ale rowniez wszystkie te wartosci, bez ktorych wczesniej nie dalo sie zyc, rozlega sie gromki krzyk lewakow o odorku narodowosciowym. Komus chyba bardzo zalezy na destabilizacji rodzin, tych podstawowych komorek, opoki calych wiosek, miasteczek, miast. Calych spoleczenstw. Wyszydza sie tradycje, promuje wrecz zycie poza rodzina, to takie swiatowe i modne. Zarabiaj pieniadze, plac podatki, wspieraj zla polityke i kolorowych przestepcow i trzymaj pysk na klodke. A juz bukbron nie probuj sie przed nimi bronic. Jestes zerem, ze skretem narodowym.
Za nimi przybeda ich rodziny i wespra ich z calej sily w misji islamizacyjnej, a my nie obronimy sie, w poczuciu wmowionej nam winy za wojny i kolonizacje. I w przekonaniu, ze rodzina to przezytek i relikt narodowego socjalizmu.





środa, 21 lutego 2018

Rodzina, ach rodzina! cz.2

Zyjac tutaj tak dlugo i majac wiele kontaktow z ludzmi roznych narodowosci, poczynilam pewne spostrzezenia, ktorymi sie podziele. Ich sens dotarl do mnie jednak dopiero po przeczytaniu posta Jagody. Pozno, prawda? Ale podobno na madrosc nigdy nie bywa za pozno.
To, co przez lata mnie i nie tylko, jedynie denerwowalo, okazalo sie w efekcie calkiem logiczne i naturalne, choc ze strony samych zainteresowanych jedynie intuicyjne i napedzane tradycja, niz przemyslane i robione celowo. Juz wyjasniam.
Roznica kultur, naszej zachodniej i muzulmanskiej, przeklada sie rowniez na postrzeganie rodziny i tzw. zycia rodzinnego. Roznice sa ogromne. Przyklad? A chocby oddzial polozniczy w szpitalu, gdzie w jednej sali leza dwie kobiety roznego wyznania. Do chrzescijanki przyjda rodzice, tesciowie, moze rodzenstwo, ale wszyscy osobno, bo zdaja sobie sprawe, ze kobieta jest zmeczona, niewyspana, chce pobyc z dzieckiem sam na sam. Wpadaja na kilka minut, przyniosa kwiaty, jakies smakolyki i wychodza. Inaczej jest z muzulmanka, do ktorej przychodzi 10 osob naraz albo i wiecej i siedza u niej od rana do nocy. Gwar, wrzaski, smiechy, wspolne jedzenie przyniesionych przez rodzine potraw. U nich to calkiem normalne, ale maja szczescie kiedy trafia na wyrozumiala chrzescijanke, w przeciwnym razie sa skargi i personel ich wyrzuca, bo to w koncu szpital, a nie piknik w  lunaparku. Podobnie zreszta bywa u innych chorych, niekoniecznie poloznic. Moja znajoma jest pielegniarka i czasem opowiada zabawne albo budzace groze zdarzenia dotyczace wlasnie muzulmanow. Bo co powiecie, kiedy babcie trzymaja o glodzie przed czekajaca ja nastepnego dnia operacja, a rodzina sie lituje, pasie ja tlustymi kebabami, zeby babci w brzuchu nie burczalo i rzecz jasna, nikomu o tym nie mowi, a babcia prawie schodzi podczas operacji?
Pisalam juz kiedys, ze jak czekalam na ostrym dyzurze z kolka nerkowa, pol poczekalni okupowala rodzina, na oko arabska. I niewazne, ze ojciec byl juz na SORze, pod opieka lekarzy. Oni wszyscy czekali w tej poczekalni, starzy, mlodzi, male dzieci, glodne i spiace. Godzinami. Czekali, byli z nim razem, choc on nawet o tym nie wiedzial. Kiedy ja w koncu doczekalam sie na SOR, moj slubny po prostu pojechal do domu, bo co mial tam robic? Ale dla nich takie spedy sa calkiem normalne.
Ich dzieci, czesto dorosle, tez nie wyprowadzaja sie tak szybko z domu, raczej dopiero wtedy, kiedy same zakladaja rodziny, chociaz tutaj nie mialyby problemu ze znalezieniem samodzielnego mieszkania. Zauwazylam, ze tam dzieci sa prawdziwym skarbem i tak, jak to opisywala Gorzka Jagoda, opiekuja sie nimi wszyscy, blizsza i dalsza rodzina. W ogole oni bardzo sobie pomagaja, wspieraja sie, bywaja ze soba jak czesto jest to mozliwe. Ich wiez rodzinna jest naprawde wzorowa, choc oczywiscie wszystko dzieje sie na ich tradycyjny sposob, kobiety i mezczyzni osobno.
Bylam kiedys na weselu, tego nie da sie opisac, jest smiesznie i strasznie momentami, ale ta ich wiez jest tak silna, ze prawie fizycznie widoczna. Mimo, ze bylismy z czescia rodziny zaprzyjaznieni, ze wszyscy byli w stosunku do nas bardzo uprzejmi, bylismy tam obcy.
Znow rozpisalam sie jak nawiedzona, a mialabym cos jeszcze do dodania, ale moze juz innym razem.






wtorek, 20 lutego 2018

Rodzina, ach rodzina! cz.1

Do napisania tego posta natchnal mnie wpis Gorzkiej Jagody (KLIK) o wychowywaniu dzieci i wielkim znaczeniu rodzin wielopokoleniowych, ale nie tylko. Przeczytajcie koniecznie, bo naprawde warto.
Im bardziej czlowiek sie "cywilizuje", tym chyba gorzej dla niego, a dla rodziny/szczepu/wspolnoty/spoleczenstwa szczegolnie. Ja bylam wychowywana dwojako, bo kiedy mieszkalam u babci, byli tam jeszcze jej rodzice, czyli pradziadkowie. Babcia nie pracowala, wiec mialam trzy osoby, ktore sie mna opiekowaly. Kazda z nich wniosla w moje wczesne zycie inne wartosci. Nie o tym jednak ten post, wiec nie bede sie zaglebiac i rozdrabniac. Pozniej musialam wrocic do rodzicow, kiedy szlam do szkoly. I zaczelo sie! Chuchanie, dmuchanie, nadopiekunczosc, zakazy, nakazy i tresura, demotywowanie, wymogi, brak pochwal, kary. Wyroslam na niepewna siebie osobe, pelna kompleksow, wycofana, nieufna i nie wierzaca w siebie i swoje mozliwosci. Troche nad tym pracowalam, ale niestety wiele we mnie pozostalo i do dzisiaj nie umiem sie tego pozbyc. Zreszta pisalam juz o tym, o relacjach z rodzicami, wiec nie bede sie powtarzac. Mialo byc o rodzinie.
Zeby prowadzic takie fajne zycie rodzinne, trzeba te rodzine najpierw miec, a my bylismy tylko w trojke. Moj tato byl jedynakiem, mama miala wprawdzie brata, ale ich kontakty byly prawie zadne. On mial dwoch synow, ale i moje zycie rodzinne z kuzynami bylo zerowe, bo obaj mlodsi ode mnie, no i plci przeciwnej, wiec praktycznie nic nas nie laczylo. Wlasciwie jedyny kontakt mieli rodzice z kuzynka taty. Pozniej ja-jedynaczka poslubilam jedynaka, wiec znow nie bylo zadnych szwagrow do zycia rodzinnego. Sama troche nadrobilam, mamy trzy corki.
W tzw. spoleczenstwach zachodnich dzieci dosc wczesnie sie odpepiaja (odpempiajom), praktycznie z chwila osiagniecia pelnoletniosci opuszczaja domy rodzinne i zaczynaja mniej lub bardziej samodzielne zycie. Jesli nadal sie ucza, rodzice pomagaja finansowo, ale dzieciaki tez na siebie zarabiaja. Jest taka mozliwosc, wiec znajduja sobie mieszkania, albo same, albo wspolne z grupa rowiesnikow. W Polsce takich mozliwosci nie bylo i nie ma, wiec sila rzeczy dorosle dzieci nadal zyja pod jednym dachem z rodzicami, a czesto i dziadkami. Zreszta w Polsce to wszystko wyglada zupelnie inaczej, rodziny czesciej sie spotykaja, sa liczniejsze, nie trzeba sie zapowiadac z wizytami, "wpada sie" po prostu i tyle. Starych i nierzadko niepelnosprawnych rodzicow trzyma sie przy sobie, bo nadal oddanie ich do domu opieki (pod warunkiem, ze dostanie sie miejsce) jest przyjmowane bardzo negatywnie. Roznie co prawda ta opieka nad rodzicami wyglada, ale w wiekszosci dziala.
Tu jest inaczej, placi sie skladki pielegnacyjne, takich domow opieki jest duzo i na kazda kieszen, a dorosle dzieci najczesciej pracuja, jako ze wiek produkcyjny przedluzono do 67 lat, i nie sa w stanie zapewnic calodziennej opieki. Nawet te tzw. polskie opiekunki sa czesciowo finansowane przez ubezpieczalnie. Sami starsi ludzie nie biora w ogole pod uwage, ze mogliby obciazac swoja obecnoscia dzieci i kazdy znajduje sobie jakies miejsce w domu opieki, kiedy przestaje byc samodzielny i nie radzi sobie mieszkajac samotnie. Nikt nie odbiera tego jako "wyrzucania starych ludzi z domu", a staruszek czy staruszka ma towarzystwo w swoim wieku, opieke na wyciagniecie reki, calodzienne wyzywienie i bogaty program kulturalny. Nie trzeba niepelnosprawnosci, starsi ludzie po prostu zmieniaja miejsce zamieszkania na bardziej odpowiednie do ich wieku.
Nie jest to "pogon za pieniedzmi" ze strony ich dzieci, bo to, ze w obecnych czasach niewiele jest niepracujacych kobiet, nie swiadczy o jakims rozbuchanym feminizmie, ale jest koniecznoscia. Malo ktora rodzina daje rade utrzymac sie z jednej pensji. A jak jeszcze ma ambicje sfinansowac sobie dom, czy zobaczyc kawalek swiata, to czasem i dwie pensje nie wystarczaja. Jak wiec male dziecko moze wychowywac sie w wielopokoleniowej rodzinie, kiedy matka musi wracac do pracy, babka jeszcze pracuje, a prababka nie ma sily i jest w domu opieki?
Moje dzieci wychowywalam inaczej. Nie zebym byla jakas wzorowa matka. Troche tez, jakby podswiadomie, przejelam z metod wychowawczych moich rodzicow. Staralam sie jednak nie byc nadopiekuncza, dawalam dzieciom wiecej swobody, co zaprocentowalo w ich doroslym zyciu. One sa znacznie bardziej przebojowe, odwazniejsze ode mnie, umieja zaryzykowac tam, gdzie ja sie wycofywalam i balam. Wszystkie trzy opuscily dom skonczywszy 18 lat i bardzo szybko sie usamodzielnily. Sa zapracowane, wiec i nasze kontakty osobiste nie sa tak czeste, jakbym sobie tego zyczyla, ale sa. Zreszta przez komunikatory zawsze jestesmy na biezaco.
To w zasadzie mial byc wstep do tego, o czym chcialam napisac, ale ze wyszlo tego tyle, to reszte przeczytacie jutro.





poniedziałek, 19 lutego 2018

Smierdzaca sensacja.

Nigdy jeszcze nie bylam o tej porze roku w ogrodzie botanicznym, bo i co tu ogladac. Tym razem jednak poszlam, zwabiona sensacyjnymi doniesieniami o wytworzeniu sie paka (ponka) kwiatowego pewnej rzadkiej rosliny, rosnacej w naturze na Sumatrze. Po polsku nazywa sie ona dziwidlo olbrzymie, w tutejszym narzeczu Titanwurz, a po lacinie Amorphophallus titanum. Kwitnie bardzo rzadko, bo co 3-6 lat, a w Getyndze ma zakwitnac po raz pierwszy w ogole. A jak juz kwitnie, to ponoc cuchnie jak padlina, bo te rosline zapylac maja owady padlinozerne, wiec jakos je zwabic musi, a ze kwitnie tez bardzo krotko, to tym intensywniej smierdzi, zeby zdazyc. Wybralam sie wiec w piatek po pracy, zeby moc na wlasne oczy obejrzec te unikatowa sensacje.
Najpierw jednak musialam dojsc do szklarni, a po drodze... takie widoki:
Mozecie sobie kliknac w zdjecia, a beda jeszcze wieksze.










Cus wylazi spod ziemi, ale nie wiem co.

A tu wylaza irysy! Tak, tak!



Najprawdziwsze listki.



Nie bardzo wiedzialam, w ktorej szklarni znajduje sie to dziwadlo, wiec wedrowalam od jednej do drugiej i po drodze focilam ladne egzotyczne roslinki, kfiatuszki i cytrusy.

















Pot lal mi sie nie tylko po plecach, ale i po twarzy, wilgotnosc powietrza tam w srodku tak z 1500%. Obiektyw zachodzil mgla i przecieranie niewiele dawalo, zwariowac szlo. Wreszcie pacze ja, a to on, ON, ON we wlasnej swej fallicznej postaci.








Juz w tej chwili liczy sobie tak okolo metra wysokosci, ten paczek kwiatowy i na razie nie wydaje zadnego zapachu. Opiekunowie nie wiedza dokladnie, kiedy kwiat sie otworzy, wszyscy czekaja w podnieceniu i z ciekawoscia.
Pozniej poszlam jeszcze do szklarni kaktusowej, bo bardzo lubie kaktusy.



Ten byl wyzszy ode mnie, mial ponad dwa metry

Te "bomby" maja ponad metr srednicy

Na czubku jednej z nich wyrastalo takie cos, nie wiem, czy to kwiat, czy odrost


Po prawej potezna palma madagaskarska, po lewej kaktus, ktorego lodyga...

... porosnieta byla cala takimi "listkami"

Te rosly na zewnatrz. Pochodza z Ameryki Polnocnej i niestraszne im mrozy.
Pospacerowalam jeszcze troche po terenie, pofocilam zamarzniete stawy, w ktorych latem pelno jest zielonych zab i przepieknych wazek. Przekwitle trawy i badylki sa rownie wdziecznym obiektem, jak zywe rosliny.












Pogoda byla przepiekna, slonce nawet dosc przygrzewalo, a temperatura wzrosla do +8°. Jednak o tej porze roku ogrod botaniczny nie zachwyca. Troche slychac bylo ptaszkowe trele, ale malo bylo widac, nie to co latem, kiedy trzeba uwazac, zeby cos z gory na leb nie spadlo. Nie ma jeszcze tez zadnych bzykadel, zaby spia pewnie pod lodem. Tak jakos smetnie i cicho.

Na stronie ogrodu botanicznego mozna codziennie ogladac aktualny stan tego dziwidla, jak rowniez jego codzienne przyrosty. Obiecuja nam, ze kiedy ten Titanwurz zakwitnie, umozliwi sie zwiedzajacym ogladanie go poza godzinami otwarcia, nawet w nocy. No zobaczymy, obym tylko nie przegapila, bo druga okazja moze mi sie nie trafic.